Gliwickie Forum Dyskusyjne

Z życia wzięte ;) - ADOPCJA

stasia - Pią Sty 05, 2007 23:23
Temat postu: ADOPCJA
dlaczego tak malo ludzi adoptuje dzieci!!! ja przynajmniej nie znam nikogo!! te dzieci tak bardzo potrzebuja rodziny ze oddaly by wszystko zeby ja miec!! szkoda ze wiekszosc z nas podchodzi do tej sprawy egoistycznie bo przedewszystkim chcemy miec przez siebie splodzone dzieci!! i rozumiem to bo karzdy z nas chcialby zostawic cos po sobie !!! ale czy adoptowane dziecko nie daloby nam tego co rodzone!! CZY NIE BYLOBY NASZE A PRZECIEZ ZYLIBYSMY ZE SWIADOMOSCIA ZE DZIEKI NAM NIE JEST SAMO!!!
dade - Pią Sty 05, 2007 23:35

w idealnym świecie tak by było, ale my nie żyjemy w idealnym świecie ...
MajkeL - Pią Sty 05, 2007 23:38

stasia napisał/a:
dlaczego tak malo ludzi adoptuje dzieci!!!


Może jednym z wielu powodów jest zawiła i skomplikowana procedura adopcyjna (która czasem może sie wlec bardzo długo)

Moim zdaniem nie jest to podejście egoistyczne.....
Możliwe że świadomość człowieka i podejście "iż dziecko jest jego (nasz)" wiedząc że je spłodził, jest silniejsza niż po adopcji......

stasia - Sob Sty 06, 2007 00:38

MajkeL, to byloby straszne gdybysmy kochali dziecko glownie dlatego ze je splodzilismy i nie potrafimy pokochac dziecka ktore w zasadzie wychowujemy ale nie splodzilismy!! pewnie tacy ludzie ktorzy maja jedno adoptowane a drugie rodzone bardziej kochaja splodzone!!No mysle ze tak nie jest!!!! JEST WIELE MALZENSTW KTORE NIE MOGA MIEC DZIECI I NAPRAWDE POMIMO WIELU UTRUDNIEN ROBIA WSZYSTKOZEBY TYLKO MIEC SWOJE SPLODZONE DZIECKO I PRZEZ WIELE LAT JEZDZA DO LEKARZY AZ W KONCU SIE UDA! mysle ze latwiej by bylo adoptowac!!!!! tO raczej egoistyczne podejscie BO CO TWOJE TO LEPSZE!!???? A TE DZIECIAKI SA NAPRAWDE CUDOWNE I PRAWIE KARZDE Z NICH NAPEWNO ODWDZIECZA SIE JAK MOZE,TYLKO ZA TO ZE KTOS JE KOCHA!!!
dade - Sob Sty 06, 2007 11:14

stasia napisał/a:
JEST WIELE MALZENSTW KTORE NIE MOGA MIEC DZIECI I NAPRAWDE POMIMO WIELU UTRUDNIEN ROBIA WSZYSTKOZEBY TYLKO MIEC SWOJE SPLODZONE DZIECKO I PRZEZ WIELE LAT JEZDZA DO LEKARZY AZ W KONCU SIE UDA!


człowiek, jak każdy inny żywy organizm na tej planecie ma silny instynkt ukierunkowany na płodzenie potomków, ale to co nas odróżnia od zwierząt to świadomość. To, że ktoś nie jest zdolny do spłodzenia potomka nie oznacza że nie będzie próbował tak długo jak będzie miał choć cień szansy.

MajkeL napisał/a:
Możliwe że świadomość człowieka i podejście "iż dziecko jest jego (nasz)" wiedząc że je spłodził, jest silniejsza niż po adopcji......



według mnie to nie jest tak do końca, para/osoba, która w końcu decyduje się na adopcję kocha tego dzieciaka jak swoje własne i robi dla niego wszystko.

stasia napisał/a:
A TE DZIECIAKI SA NAPRAWDE CUDOWNE I PRAWIE KARZDE Z NICH NAPEWNO ODWDZIECZA SIE JAK MOZE,TYLKO ZA TO ZE KTOS JE KOCHA!!!


stasia, ja w to nie wątpię...

Arex30 - Sob Sty 06, 2007 11:21

Arex30 żecze.....

Jeśłi doktor powie nie bo stan zdrowia zony jest taki a nie inny to jak sie obrobimy we własnym życiu chcem mieć dziewoje jeszcze..........
A co innego mi pozostanie jak nie adopcja......

Szamanka - Sob Sty 06, 2007 11:37

Wlasnie tak jak napisal dade ...czlowiek, ktory pragnie miec potomka bedzie probowal do skutki, przejdzie wszystkie mozliwe procedury z tym zwiazane......zrezygnuje dopiero wtedy gdy madry czlek przeczaca pokiwie glowa.
Sa tacy, ktorzy o adopcji mysla zaraz, sa tez tacy ktorzy potrzebuja na to lata, potrzebuja dojrzec do mysli wziecia, pokochania opuszczonego dziecka ( nie kazdy tak potrafi)
Dla mnie to wielcy ludzie, ktorzy decyduja sie na taki krok, przechodza te wszystkie " papierkowe, psychologiczne egzaminy"....bo niby spojrzec jest tych oczekujacych dzieci mnostwo a na adopcje czeka sie latami.

Aither - Sob Sty 06, 2007 11:56

sadze ze czlowiek jest takim stworzeniem ktory chce miec swoje dzieci... moja Mama przez prawie 10 lat nie mogla zajsc w ciaze, gdyby nie upor i dazenie do celu to sadze ze nie urodzilaby nigdy naszej trojki. A gdy zadalam jej pytanie czy podjela by sie adopcji kategotycznie zaprzeczyla - "dziewczyna staje sie kobieta gdy urodzi dziecko" i jej slowa tak utkwily mi w myslach ze zaczelam tak samo myslec... Rola biologiczna kobiety jest rodzenie dzieci i to wlasnie stawiaja sobie jako priorytet a to ze ich nie moga miec czesto do nich nie dociera. Znam pewna pania ktora nie moze miec dzieci... i kiedys przy winie wyznala ze czuje sie niedowartosciowana bo nie moze sie spelnic w roli kobiety. To przykre slyszec takie slowa gdy w okolo mnie biega dwoch malych szkrabow i wciskaja sie jej na kolana....
Dorotka - Sob Sty 06, 2007 12:15

Nie wiem jak inni rodzice, ale ja z własnego doświadcenia wiem, że równie mocno kocha się dziecko adoptowane (w końcu też moje tylko przez przypadek urodziła je inna pani) jak takie urodzone przez siebie. Nie wiem czasem czy nie mocniej kochane jest to pierwsze bo wyczekane, wytęsknione i na ogół po przejściach, które chce się mu wynagrodzić.
To, że adopcji jest niewiele, to wcale nie wina tego, że procedury są skomplikowane. Procedury są w miarę proste i trwają ok. pół roku a to całkiem niedługo. Zresztą w trakcie tej procedury uczy się wielu rzeczy bardzo później przydatnych. Najlepszym dowodem na to, że jest sporo ludzi, dla których nie mają znaczenia tylko i wyłącznie geny jest to, że więcej jest małżeństw po kwalifikacji na rodziców adopcyjnych oczekujących na dzieci niż dzieci, które mogą do takich rodziców trafić.
I tu jest sedno sprawy - domy dziecka, szczególnie małego dziecka są pełne bąbelków o tzw. nieuregulowanej sytuacji prawnej - bo biologiczni rodzice rokują niby jeszcze jakieś szanse na poprawę, bo nie zgadzają się na odebranie praw do opieki i tak dalej. Niestey, nawet jeżeli ludzie ewidentnie nie nadają się do powierzenia im nawet zwierzęcia to sądy rodzinne i tak niechętnie odbierają im maluszki. Niestety odbiera to szanse maluszkom na trafienie do normalnego domu, do kochających rodziców.

Szamanka - Sob Sty 06, 2007 12:17

Aither napisala
Cytat:
dziewczyna staje sie kobieta gdy urodzi dziecko"
pewnie w tym i racja....tylko co z ta reszta niby kobiet, ktore nie urodzily i niewazne jakie sa tego powody?
Takie slowa potrafia tez ranic te kobiety, ktore chca, pragna, robia wszystko co mozliwe...a jednak los okazal sie dla nich okrutny.
Rozumie doskonale kobiety, ktore nie mogac miec swoich pociech czuja sie inne, gorsze.
Sama nie mam dzieci :( , nadzieja gdzies umarla kiedys tam, ze bede je miala.....faktycznie, czuje sie inna....inna, dlatego, ze nie mam nikgo kogo bym mogla pokochac tak inaczej....inna, bo nie mam na twarzy tych malych raczek :( ......ale jestem kobieta, czuje jak kobieta.
Najgorsze i wtedy moglabym takie osoby walna porzadnie w leb :mad: , gdy slysze...a dlaczego...ojeje...a moze......wrrrrrr :wsciekly:

tuchałowa - Sob Sty 06, 2007 12:32

Trzeba sobie uświadomić, że nie każdy rodzic czuje się powołany do tego, by zaadoptować dziecko. Jest to o wiele trudniejsza decyzja od tej, czy urodzić. Kto miał kontakt z dziećmi z domu dziecka ten wie, że są trudne, mają problemy z zachowaniem czy z nauką, zwłaszcza starsze, które są już niejako ukształtowane, niestety przez patologicznych rodziców. Oczywiście wiem, że zasługują na miłość i wspaniale byłoby gdybyśmy wszyscy kogoś zaadoptowali. Co jednak powiecie o przypadkach, gdy ktoś rozwiązuje adopcję po kilku miesiącach, bo po prostu sobie nie poradził. Nieraz zdarza się też, że po prostu pokochasz jakiegoś konkretnego malucha i pragniesz go przyjąć do swojej rodziny, mimo, iż wcześniej nie brałeś pod uwagę takiej opcji. Nie należy także tego narzucać bezpłodnym parom, jeżeli walczą o to by urodzić. Decyzja o adopcji powinna wypływać prosto z serca, z tego, że czujemy, że tego chcemy, nawet mając kilkoro własnych pociech i wiemy, że będziemy wytrwali w opiece nad adoptowanym dzieckiem.
Dorotka - Sob Sty 06, 2007 12:40

Czasem trzeba przejść przez wiele etapów leczenia i dążenia do zajścia w ciążę i urodenia, żeby dojrzeć do adopcji. Czasem właśnie lata walki o dziecko dają siłę i mnóstwo miłości po to żeby zdecydować się na adopcję. Ale to bardzo indywidualna sprawa - każdy człowiek, każda para musi taką decyzję przetrawić, przemyśleć, podjąć całkiem samodzielnie. Inaczej (pod presją otoczenia czy wpływem innych ludzi) to nie ma żadnego sensu.
tuchałowa - Sob Sty 06, 2007 12:53

Czynienie komuś wyrzutów sumienia, że zamiast zaadoptować dziecko i być szczęśliwym, leczy się prze kilkanaście lat jest nie w porządku. A tak mi się wydaje, że taka presja społeczna nieraz dopada ludzi.
Dorotka - Sob Sty 06, 2007 12:59

tuchałowa napisał/a:
Kto miał kontakt z dziećmi z domu dziecka ten wie, że są trudne, mają problemy z zachowaniem czy z nauką
a tu pozwolę sobie zupełnie się nie zgodzić. Być może tak jest z dziećmi pozostającymi w domach dziecka, które nie mają zapewnionego poczucia bezpieczeństwa czy odpowiedniej ilości miłości - wtedy pakowanie się w kłopoty staje się jakby odruchem obronnym - sposobem zwrócenia na siebie uwagi.
W przypadku adopcji w ośrodkach odopcyjnych, przed zakwalifikowaniem kogoś na rodzica adopcyjnego przechodzi się przez odpowiednie warsztaty psychologiczno pedagogiczne, w trakcie których uczy się m.in tego, jak radzić sobie z różnymi przejawami choroby sierocej, zaburzeniami emocjonalnymi u dzieci "porzconych" i tak dalej. Co więcej w każdym takim orodku rodzicie adopcyjni mają do dyspozycji psychologów i pedagogów czuwających nad przebiegiem adaptacji w nowej rodzinie i nad niwelowaniem skutków negatywnych przeżyć jakie miało wcześniej dziecko. Jak ktoś tylko chce z takiej pomocy skorzystać to nie ma siły - można sobie poradzić ze wszystkim.
A problemy z nauką, z zachowaniem czy pakowanie się dziecka w kłopoty może się zdarzyć dokładnie tak samo w rodzinie biologicznej jak adopcyjnej. Śmiem nawet zaryzykować stwierdzenie, że częściej zdarza się w rodzinach biologicznych bo w takich często rodzicom się wydaje, że dziecko się wychowa samo jak się mu zapewni wikt, opierunek i minimum zainteresowania a rodzicielstwo adopcyjne jest bardziej świadomym rodzicielstwem. Świadomość tego, że dziecko jest już "po przejściach" motywuje rodziców do poszukiwania głębszego kontaktu z dzieckiem czy ewentualnej pomocy specjalistów w przyadku pojawienia się problemów.

tuchałowa - Sob Sty 06, 2007 13:10

Dorotka napisał/a:
odpowiednie warsztaty psychologiczno pedagogiczne
Może, ale to dla ludzi, którzy naprawdę się nadają do tego by zaadoptować dziecko. Jeżeli miałabym porównać dzieci z sierocińca, a z rodzin, że tak to ujmę to cóż, oczywiście i tu i tu zdarzają się różne, z tych i z tych są z problemami czy bez. Zajmowałam się przez długi czas dziećmi z domu dziecka to mogę jedynie powiedzieć, że zaobserwowałam to, że zazwyczaj sprawiają więcej kłopotów.
Paradoksalnie są o wiele bardziej otwarte w stosunku do obcych, to jest akurat bardzo miłe, ale też są nadpobudliwe, nieraz agresywne i miały poważne kłopoty z nauczeniem się czegokolwiek, często zostawały po kilka lat w jednej klasie . Nie wiem, być może wynikało z tego, że nikt im nie pokazał , że należy się uczyć, nie wiem, co było tego przyczyną. Fakt, było kilka naprawdę zdolnych i pracowitych. I niestety te dzieci mają już coś takiego w świadomości, że ja jestem biedne dziecko z domu dziecka, mnie się wszystko należy i mogę wszystko robić, nieraz próbują właśnie to wykorzystywać.

Aither - Sob Sty 06, 2007 13:24

moge sie z tym zgodzic :) Przez jakis czas bywalam na swietlicy przy dawnej policji i tam wlasnie byly dzieci z patologicznych rodzin... wspolpraca z nimi jest ciezka. Jednak gdy okazalo sie im troszke zainteresowania i nawet milosci potrafily zrobic wszystko - kwestia odpowiedniej motywacji :)

Szamanka napisał/a:
Rozumie doskonale kobiety, ktore nie mogac miec swoich pociech czuja sie inne, gorsze.

nie chcialam Cie jakos urazic tym Szami... na prawde :przytul:
W moim przypadku jest podobnie jak u mojej Mamy... niestety rokowania daja mi male szanse na to zebym mogla bez klopotow zajsc w ciaze, robilam nawet badania na plodnosc i prawde mowiac zdanie jest podzielone. Wszystko okaze sie w praktyce :) jesli faktycznie bede miec klopoty z wlasna ciaza to chcialabym adoptowac... jednak wszystko bedzie zalezec od partnera bo to co ja bym chciala to tylko "polwa". A jesli nie bedzie chcial adopcji to kupie sobie psa... :/

tuchałowa - Sob Sty 06, 2007 13:34

Też mi się to nasunęło, że czasami tak bywa, że druga strona nie chce...i nie należy mieć do niej pretensji w tym momencie, ale no Aither, bądź optymistką, urodzisz na pewno siedmioro pięknych dzieciątek z pięknymi czarnymi, kręconymi włosami :D :D :D :D :D
Aither - Sob Sty 06, 2007 13:42

tuchałowa napisał/a:
Aither, bądź optymistką, urodzisz na pewno siedmioro pięknych dzieciątek z pięknymi czarnymi, kręconymi włosami :D :D :D :D :D


:rotfl: no jasne na druzyne pilki halowej mi styknie ta 7 :D gorzej jak wyjda blondyni o niebieskich oczach :rotfl: a wujek Bzyki i p4cz3k bedza trenerami :rotfl: :hyhy: :ok:
Okej zartuje :] mam dzis dziwny nastroj :D

tuchałowa - Sob Sty 06, 2007 14:56

Aither napisał/a:
wujek
Wujek? :P :hyhy: :hyhy: :hyhy:


Myślałam kiedyś a adopcji, ale to było kilka lat temu, prawdę mówiąc, teraz nie wiem, teraz rozumiem jak poważną jest to decyzją. Wiele zależy od tej drugiej osoby, do tego jednak potrzeba odpowiedzialnego faceta :]

Aither - Sob Sty 06, 2007 15:02

tuchałowa, przeciez nie Tatus :P chociaz kto to wie :P

Adopcja... sadze ze jak juz ktos wspomnial procedura jest dosc skomplikowana... nie wystarcza - chciec ale trzeba tez miec do tego odpowiednie warunki... przeliczaja dochody rodziny sa jakies spotkania z psychologami ktorzy oceniaja czy to przemyslana decyzja czy wybryk... chodzenia i zalatwiania jest bardzo duzo. Chcialabym zaadoptowac jesli nie bede mogla miec swoich ale co zrobic jesli partner sie nie zgadza... poza tym teraz medycyna poszla tak do przodu... ze czasem czlowiek doznaje szoku co teraz mozna osiagnac :)

tuchałowa - Sob Sty 06, 2007 15:12

Aither napisał/a:
poza tym teraz medycyna poszla tak do przodu..
Słyszałam o takich przypadkach, że kobieta z góry skazana jest na bezpłodność i nie może się nawet leczyć :( Na pewno też w takich momentach przychodzi chwila załamania, bo przecież dla każdej kobiety to olbrzymi cios, tym bardziej podziwiam osoby, które mimo to, albo walczą, a jak nie, decydują się na adopcję.

Aither napisał/a:
przeliczaja dochody rodziny
Na szczęście istnieje też system pomocy dla takich rodzin, wszak ilość pieniędzy nie świadczy o wielkości serca :D
Aither - Sob Sty 06, 2007 15:15

tuchałowa, zgadzam sie pieniadze nie sa tutaj przelicznikiem milosci jaka chce sie dziecko pobdarowac... patrza na to z punktu widzenia mozliwosci utrzymania odpowiedniego poziomu materialnego. Nie powinno miec to wplywu ale jednak ma... dziecka nie zaadoptuje rodzina ktora ma dochod na czlonka rodziny np 300 zl... nie wiem ile trzeba min zarabiac... ale sadze ze warunki domu do jakiego dziecko trafi sa doglebnie sprawdzane :)
Dorotka - Sob Sty 06, 2007 15:16

Aither napisał/a:
procedura jest dosc skomplikowana... nie wystarcza - chciec ale trzeba tez miec do tego odpowiednie warunki... przeliczaja dochody rodziny sa jakies spotkania z psychologami ktorzy oceniaja czy to przemyslana decyzja czy wybryk... chodzenia i zalatwiania jest bardzo duzo
no takie są krążące na ten temat legendy a tak narawdę nie jest :) chodzenie i załatwianie kończy się na złożeniu wniosku w Ośrodku Adopcyjnym, a spotkania z pychologami odbywają się równocześnie z warsztatami dla przyszłych rodziców - prowadzą je psycholog i pedagog, którzy cząc obserują równocześnie ludzi i ich reakcje na różne rzeczy. Odpowiednie warunki to w sumie jakiś staż małżeński i tyle - nie ma żadnych wygórowanych wymagań dochodowych ani mieszkaniowych. W grupie warsztatowej, w której ja byłam byli ludzie mieszkający w wynajętych kawalerkach, o niezbyt wielkich dochodach, był co było dla mnie miłym zaskoczeniem nawet jeden tatuś jeżdżący na wózku inwalidzkim. I w sumie z "dziesięcioparowej" grupy tylko jedna para nie przeszła kwalifikacji - ale tu powodem nie była ani zamożność ani warunki mieszkaniowe tylko charakterek niedoszłego tausia.

Myślę czasem, że paradoksalnie ludzi odstraszają wyobrażenia o tym jaka ta procedura jest straszna - wszędzie słyszy się jakie to skomplikowane i długotrwałe i przez to nawet nie próbują dowiedzieć się jak jest naprawdę, bo boją się że nie dadzą rady.

Szamanka - Sob Sty 06, 2007 15:22

Dorotka napisala
Cytat:
paradoksalnie ludzi odstraszają wyobrażenia o tym jaka ta procedura jest straszna - wszędzie słyszy się jakie to skomplikowane i długotrwałe i przez to nawet nie próbują dowiedzieć się jak jest naprawdę, bo boją się że nie dadzą rady.


i tu sie zgodze

Wydaje nam sie, ze trzeba przejsc " pieklo" aby dostac upragnione malenstwo i zastanawia mnie fakt skad sie to bierze.
Niektorzy z gory zakladaja niepowodzenie w takiej sprawie i rezygnuja z posiadania i kochania dziecka.
Z doswiadczenia Dorotki widzimy, ze wcale tak to nie wyglada..

powiedz mi jeszcze jak dlugo czekalas na to zeby Twoj syn pojawil sie w domu?

Aither - Sob Sty 06, 2007 15:32

Dorotka, nie neguje tego jednak z opowiadan osoby ubiegajacej sie o adopcje wynika ze wniosek o adopcje zostal odrzucony bo nie spelniali wymogow materialnych. U niej maz tylko pracuje i zarabia ok 700 zl w uzasadnieniu napisali prosto ze nie bedzie ich stac na utrzymanie dziecka. Nie wiem ja osobiscie uwazam ze to jakis wplyw na pewno ma ale nie powinno to na pewno byc przeszkoda do sfinalizowania akcji adopcyjnej :)
Dorotka - Sob Sty 06, 2007 15:39

Szamanka napisał/a:
powiedz mi jeszcze jak dlugo czekalas na to zeby Twoj syn pojawil sie w domu?
procedura w ośrodku do czasu kwalifikacji trwała pół roku. Do wniosku trzeba było załączyć trochę dokumentów - część dla ośrodka, część do wniosku o rzysposobienie do sądu (wniosek przygotowywał ośrodek, żeby rodzice nie musieli się tym martwić). Potem czekaliśmy aż znajdzie sie nasz Misiek - w sumie po dziewięciu miesiącach (zbieg okoliczności? :) ) Matik zamieszkał z nami. Był na początku "urlopowany" z domu dziecka do nas do czasu wydania postanowienia o przysposobieniu. Czas oczekiwania po kwalifikacji na maluszka zależy od wielu rzeczy - m.in. od tego na jakie maleństwo się czeka - jeżeli we wniosku do ośrodka napisało się, że chce się niemowlaczka to czeka się na niego dłużej. Ja nie określiłam ani płci ani wieku - jedyna prośba jaką miałam była taka, żeby o ile t możliwe było to rodzeństwo (dwójka na przykład). Ośrodki niechętnie patrzą na wnioski, w których ludzie określają wiek, płeć - czasem są i tacy, którzy stawiają więcej "warunków" do spełnienia przez przyszłe dziecko.
Szamanka - Sob Sty 06, 2007 15:41

Dorotka i jeszcze jedno pytanie...w jakim byl wieku gdy go adoptowalas?
Dorotka - Sob Sty 06, 2007 21:52

Szamanka, miał dwa i pół roku - straszna słodzizna to była :) wceśniej pół roku mieszkał w domu małego dziecka na Jagiellońskiej a dwa lata w miejscu, w którym nie powinien był spędzić ani pół dnia :kwasny:
Aither, bardzo możliwe, że tak było - największy jak na mój gust problem polega na tym, że nie ma szczegółowych przepisów określających kryteria kwalifikacji. W zasadzie decyzja o tym to subiektywna sprawa pracowników ośrodka adopcyjnego. Stąd mogą brać się różne dziwne przypadki. Wiadomo, są ośrodki i "ośrodki", ludzie i "ludziska". Niewykluczone, że jakiejś tam babie się ubździło, że od wielkości serca ważniejszy jest dochód i podjęła taką a nie inną decyzję :( Miejmy nadzieję, że to sporadyczne przypadki. A w zasadzie od decyzji o niezakwalifikowaniu nie ma się jak i gdzie odwoływać. Ja szczęśliwie trafiłam na bardzo fajny ośrodek i super ludzi - fachury z sercem na dłoni.

p4cz3k - Wto Sty 09, 2007 15:12

znam rodzenstwo ktore zostalo adoptowane, mieli wowczas moze po 4 - 5 lat, dzis majac prawie 20 lat mysla o pracy / studiach itd itp :) rodzice ktorzy zaopiekowali sie nimi mieli juz swoje dziecko :) udalo im sie - tworza szczesliwa rodzine :)

---

Aither - Wto Sty 09, 2007 15:16

wszystko zalezy od rodzicow. Moja kolezanka ze sredniej tez byla adoptowana ale po smierci Matki Ojcu nie bardzo szlo wychowywanie... byla bardzo mila dziewczyna ale byly widoczne spore uchybienia w wychowaniu. sadze ze wszystko zalezy od rodzicow obojga. Bo dziecko winno miec i Ojca i Matke gdyz kazdy z nich wnosi w zycie dziecka inne wartosci. Nie mowie ze dzieci z patologicznych rodzina sa zle... ale juz na starcie maja zly przyklad :/
Olaa - Wto Sty 09, 2007 16:27

mysle ze adopcja to naprawde dobra rzecz, na ktora czesto sie ciezko zdecydować- jest jedna z najodpowiedzialniejszych decyzji w zyciu, jesli na takowa sie decydujemy.

Moi rodzice chcieli kiedys, dosc dawno temu adoptowac dzieciatko, ktore trafilo do szpitala, do mojej mamy, ale niestety tak sie nie stalo- wowczas stanely na drodze dosc powazne klopoty finansowe, a prognozy na nastepne lata nie wydawaly sie optymistyczne, wiec pomimo wielkich chęci nie mogli podjac takiej decyzji, mieli juz mnie i siostre na utrzymaniu i przy trzecim dziecku moglo by juz nie byc kolorowo- a przeciez chcieli dla niego najlepiej- wkrotce potem na adopcje dzidziusia zdecydowala sie inna pani pielegniarka i malenstwo trafilo do szczesliwego domu.

Niestety znam tez przyklad pary, która bardzo się kochała, chcieli mieć dzieci, ale nie mogli. Zaadoptowali chlopca, geny nie mialy znaczenia przy adopcji, ale te geny co nieco im tez w zyicu pozniej zepsuly :kwasny: . Gdy chlopak dorastal zaczely sie z nim powazne problemy, zaczely sie ujawniac pewne niezbyt przyjemne cechy charakteru i negatywne skłonności- pomimo tego, iz bardzo duzo milosci mu ofiarowali i wychowywali jak normalna rodzina, to w nim jakby 'siedzialo' co innego :kwasny: w sumie do konca sama nie rozumiem czemu tak sie czasem dzieje. W malzenstwie tej pary tez zaczely sie problemy- wiadomo!- problemy z dziecmi zawsze w pewien sposob przekladaja sie na rodzicow- Mam nadzieje ze moze sie jeszcze im ulozy..


Apropo tego czy dzieci swoje sie bardziej kocha niz adoptowane...Sadze ze kocha sie tak samo mocno- poniewaz tak samo mocno pragnie sie je miec. Z wlasnymi dziecmi moze laczyc rodzicow dodatkowa wiez, co nie oznacza ze sie je wyroznia i bardziej kocha niz dzieci z adopcji.

stasia - Wto Sty 09, 2007 20:31

mysle ze jezeli chodzi o geny to nie mozemy byc pewni named do przez nas splodzonych dzieci!! znam ludzi ktorzy sa bardzo dobrzy i maja dwujke dzieci jedno studiuje i jest chodzacym idealem a drugie ledwo skonczylo podstawowke i naprawde to diabel wcielony!!! a pzreciez rodzice tacy sami !!! jesli chodzi o to jakie dzieciaki beda jak dorosna TO NIGDY NIE MAMY PEWNOSCI JESLI CHCEMY JE MIEC MUSIMY RYZYKOWAC!!! :rekin:
Aither - Wto Sty 09, 2007 20:37

stasia napisał/a:
jedno studiuje i jest chodzacym idealem a drugie ledwo skonczylo podstawowke i naprawde to diabel wcielony!!!

no tez znam taki przypadek :) to nie o geny chodzi ale o wlasna osobowosc :) lazdy ma inna na pewno jest ona jakos ksztaltowana przez rodzicow ale nie jest ona wola rodzicow :) ryzyko jest i w przypadku wlasnych i adoptowanych dzieci :)

Mnie jedynie martwi rzecz... ze bywa iz rodzice starajacy sie o adopcje czesto "falszuja" stan faktyczny, moze i nawet ukrywaja wiele rzeczy, ktore mialyby jakis wplyw na to ze zostanie odrzucony wniosek o adopcje... a potem co... dziecko tylko niepotrzebnie cierpi... :zdegustowany:

Yeti - Sro Sty 10, 2007 08:42

1) Wydaje mi się, że wychowując dzieci adoptowane, trzeba się zmagać z takimi samymi problemami, jak przy wychowywaniu własnych (biologicznych) i tyle samo miłości można mieć dla nich!... Natomiast fakt adopcji bywa tym kozłem ofiarnym, na który zwalić można niepowodzenia wychowawcze w razie czego,... a przecież one się zawsze mogą pojawić.

2) Dlaczego tak często pary o wątpliwych zdolnościach prokreacyjnych wolą stawać na głowie zamiast pomyśleć o adopcji?... Chyba jednak najczęściej powodem jest psychika kobieca... pragnienie osobistego doświadczenia cudu macierzyństwa...

3) Trudności proceduralne?... Powinne w pewnym stopniu istnieć, bo adopcja, to nie zakup pieska!... A procedura pozyskania własnego potomka też, w najlepszym przypadku, trwa ok. 9 miesięcy.

4)
Aither napisał/a:
wniosek o adopcje zostal odrzucony bo nie spelniali wymogow materialnych. U niej maz tylko pracuje i zarabia ok 700 zl w uzasadnieniu napisali prosto ze nie bedzie ich stac na utrzymanie dziecka. Nie wiem ja osobiscie uwazam ze to jakis wplyw na pewno ma ale nie powinno to na pewno byc przeszkoda do sfinalizowania akcji adopcyjnej
Przepraszam, że się wychylam, ale ja uważam, że słusznie ten wniosek został odrzucony!... Gdyby takiej parze urodziło się własne dziecko, to biadoliliby na pół powiatu, że żyć nie mają teraz z czego, że im państwo perspektyw nie daje i takie tam...
Jak kończyłem studia, to miałem już dwójkę dzieci i praca dla absolwenta była mniej więcej właśnie za takie głodowe pieniądze... Więc nie było dla mnie problemem zatrudnić się pod ziemię na kopalni, żeby więcej zarobić, bo rodzinę utrzymać trzeba!... Niech ten facet najpierw zmieni pracę lub zacznie dorabiać, żeby udowodnić, że jest w stanie utrzymać swoją rodzinę, a potem niech ponownie wróci po to dziecko!... To oczywiscie tylko moje zdanie... :)

5)
Olaa napisał/a:
znam tez przyklad pary, która bardzo się kochała, chcieli mieć dzieci, ale nie mogli. Zaadoptowali chlopca (...) Gdy chlopak dorastal zaczely sie z nim powazne problemy, zaczely sie ujawniac pewne niezbyt przyjemne cechy charakteru i negatywne skłonności- pomimo tego, iz bardzo duzo milosci mu ofiarowali...
Ileż rodziców przeżywa taki właśnie dramat z własnymi dziećmi!... Zwłaszcza, gdy dochodzi w procesie wychowywania do przesadnych prób wynagrodzenia dziecku czegoś rzeczami rozumianymi jako nadmiar miłości...
kobi - Sro Sty 10, 2007 09:47

Yeti napisał/a:
Trudności proceduralne?... Powinne w pewnym stopniu istnieć, bo adopcja, to nie zakup pieska!

Powinny, ale niestety nie zawsze są :zdegustowany:
Aither napisał/a:
Mnie jedynie martwi rzecz... ze bywa iz rodzice starajacy sie o adopcje czesto "falszuja" stan faktyczny, moze i nawet ukrywaja wiele rzeczy, ktore mialyby jakis wplyw na to ze zostanie odrzucony wniosek o adopcje... a potem co... dziecko tylko niepotrzebnie cierpi...

Ktoś kto ma problemy i nie potrafi sobie z nimi poradzić, biorąc takie dziecko z góry skazuje je na cierpienie. I to nieważne jakie to by były problemy. Takie osoby po prostu nie myślą o dziecku i może faktycznie traktują to jak "zakup pieska"? :zdegustowany: Często jest tak, że dziecko adoptowane jest już po przejściach więc po co dokładać mu kolejnych?

Dorotka - Sro Sty 10, 2007 10:46

kobi napisał/a:
Ktoś kto ma problemy i nie potrafi sobie z nimi poradzić, biorąc takie dziecko z góry skazuje je na cierpienie
no proszę - eksperta mamy :kwasny: pseudopsychologa zresztą :kwasny: tak się składa że o wiele częściej to biologiczni rodzice potrafią unieszczęśliwić dziecko i całą resztę rodziny - jak się im na to pozwoli. Im wzybciej się kogoś takiego wyeliminuje tym lepiej - dla dziecka głównie.
asik - Sro Sty 10, 2007 10:59

stasia napisał/a:
dlaczego tak malo ludzi adoptuje dzieci!!!

może przez to że tak mało się o adopcjach mówi i społeczeństwo nie jest z nimi "oswojone", rodzicie obawiają się czy ich dziecko nie będzie wytykane, wyszydzane itd.. i myśl o adopcji jest ostatecznością..
ja osobiście chcialabym miec dużą rodzinę i nie mam nic przeciwko adopcji, ciekawe czy moja druga połówka też tak będzie myśleć..


kobi, Dorotka, macie jakieś problemy to załatwcie to na privie..[ (nie chce mi się czytać już tych waszych złośliwości..)

kisia - Sro Sty 10, 2007 15:46

Dorotkai kobi mam dość sprzątania po Was, forum nie jest miejscem na pranie budów. Jeszcze jeden post nie na temat gdziekolwiek, a dostaniecie ostrzeżenia :zly:
Aither - Sro Sty 10, 2007 16:03

Yeti napisał/a:
Przepraszam, że się wychylam, ale ja uważam, że słusznie ten wniosek został odrzucony!

z Toba sie zgadzam :) to byl tylko przyklad ze sprawdzaja warunki materialne gdyz Dorotka stwierdzila ze to nie jest tak do konca "badane" :) Oni tez nie mieli pretensji do uzasadnienia :)
kobi napisał/a:
Ktoś kto ma problemy i nie potrafi sobie z nimi poradzić, biorąc takie dziecko z góry skazuje je na cierpienie. I to nieważne jakie to by były problemy. Takie osoby po prostu nie myślą o dziecku i może faktycznie traktują to jak "zakup pieska"? Często jest tak, że dziecko adoptowane jest już po przejściach więc po co dokładać mu kolejnych?

calkowicie sie zgadzam z Tym co powiedziales... jesli rodzina ma jakiekolwiek klopoty czy to finanswoe czy bardziej powazne jak alkoholizm czy tez narkomanizm to takim ludziom nie powinien zostac przydzielony dzieciak... sa po przejsciach czesto bite w rodzinach alkoholikow trafiaja do domow adopcyjnych... szczerze... zatluklabym taka osobe ktora wiedzac o swoich problemach podjela decyzje o adopcji dziecka... a tym bardziej - ukrywajac swoje problemy przed innymi. Taki czlowiek nie zasluguje na szacunek. :mad:

tuchałowa - Pią Sty 12, 2007 14:35

No właśnie, ciekawi mnie jak takie rzeczy są sprawdzane? Wywiad środowiskowy? Słyszałam, że odwiedza się sąsiadów, żeby zbadać sytuację. Jednak pewne problemy można zataić do pewnego stopnia np. narkomanię albo alkoholizm, bo czasem takie osoby wyglądają całkiem normalnie, potrafią to ukryć. Zastanawia mnie jednak, co skłania takich ludzi do adopcji dziecka, która powinna mieć na celu wyłączne jego dobro. Niestety często bywa tak, że ktoś adoptuje dziecko, bo myśli, że w jakiś sposób mu ono pomoże, chce ukoić własny ból, ale czy to jest możliwe? Co powiecie o przypadku małżeństwa, które zaadoptowało chłopca, bo bardzo im przypominał ich zmarłego przed kilkoma laty syna lecz w wyniku rozczarowania innym charakterem oddali go po kilku miesiącach
Aither - Pią Sty 12, 2007 15:32

tuchałowa napisał/a:
adoptuje dziecko, bo myśli, że w jakiś sposób mu ono pomoże

szczytem jest gdy dziecko trafia do rodziny jako lekarstwo na problemy np na rozpadajace sie malzenstwo. Takiego zachowania nie rozumiem. Zataic sie da wiele rzeczy bardzo czesto sasiedzi nawet nie wiedza za duzo bo nikogo to nie interesuje. Kazdy ma swoja rodzine swoje problemy ja osobiscie o swoich sasiadach nie moge nic powiedziec bo nadzwyczajnie ich nie znam. Wiec sadze ze wywiad srodowiskowy nie moze sie opierac na opini sasiadow :) Ja w swoich 4ch scianach moge robic wszystko pic, palic narkotyzowac sie a sasiedzi i tak nic nie zauwaza :P

tuchałowa napisał/a:
Co powiecie o przypadku małżeństwa, które zaadoptowało chłopca, bo bardzo im przypominał ich zmarłego przed kilkoma laty syna lecz w wyniku rozczarowania innym charakterem oddali go po kilku miesiącach

krzywdzace i to bardzo. W takim przypadku jest to swiadome skazywanie siebie na meke. Jesli adoptowane dziecko przypominalo synka... nie ma nic gorszego jak takie rozpamietywanie zmarlych w zywych...

Nie ma co ukrywac... wszelakie nalogi w rodzinie w jakis sposob psuja atmosfere w domu i w mniejszy lub wiekszy sposob odbija sie na dziecku... obojetnie czy to alkoholizm narkomania czy zwykle dlubanie slonecznika :P

loona - Pon Sty 15, 2007 16:15

Yeti napisał:
"2) Dlaczego tak często pary o wątpliwych zdolnościach prokreacyjnych wolą stawać na głowie zamiast pomyśleć o adopcji?... "

może to miało być zabawne, ale nie było... :(
Kto jak kto, ale Ty masz nikłe pojęcie co mogą przeżywać takie osoby, przyjacielu

Niektórzy mają niemal od ręki 3 córki, a niektórzy czekają 4 lata, modlą się i płaczą na przemian, stawają na głowie, na rzęsach - i nic - to boli, a tymczasem mędrcy ze wschodu proponują adopcję jako lek na całe zło, tymczasem my marzymy o tym by nikt nam nie odbierał nadziei.
Podziwiem ludzi, którzy adoptowali dziecko lub dzieci (np. moja koleżanka z pracy), ale nie wszyscy się do tego nadają, można ich nazywać egoistami, jak zwał tak zwał, ale moim zdaniem do wszystkiego trzeba mieć powołanie.

Pozatym Yeti, w grę wchodzi jeszcze kwestja przeznaczenia - to mały przyczynek do dyskusji...

nashled! :P

Yeti - Pon Sty 15, 2007 17:28

loona napisał/a:
może to miało być zabawne, ale nie było...
loono, nie miałem zamiaru nikogo ranić!... Więc przepraszam,jeśli Cię to dotknęło!...

Druga część mojego zdania brzmiała:
Cytat:
Chyba jednak najczęściej powodem jest psychika kobieca... pragnienie osobistego doświadczenia cudu macierzyństwa...
...bo tak mi się wydaje.

loona napisał/a:
Kto jak kto, ale Ty masz nikłe pojęcie co mogą przeżywać takie osoby, przyjacielu
Zgadza się!... Nie wiem tego, bo nie doświadczyłem takiego problemu... Być może to egoistyczne podejście ale... dla mnie pragnienie posiadania potomstwa nie oznaczała potrzeby jego płodzenia... Wydaje mi się (być może jestem w błędzie), że taką potrzebę raczej kobiety odczuwają, stąd napisałem, jak napisalem...

loona napisał/a:
Niektórzy mają niemal od ręki 3 córki
... i to też nie jest sam miód!...
Tak już na tym świecie się dzieje, że jednym się rodzi więcej dzieci, niżby chcieli, a inni mają problem z realizacją swojego pragnienia...

loona napisał/a:
Podziwiem ludzi, którzy adoptowali dziecko lub dzieci (np. moja koleżanka z pracy), ale nie wszyscy się do tego nadają, (...), ale moim zdaniem do wszystkiego trzeba mieć powołanie.
No tak!... Nie potrafię sobie wyobrazić, że ma się powołanie do podjęcia obowiązków rodzica, ale tylko pod warunkiem, gdy jest się nim biologicznie... Wydaje mi się, że ktoś, kto jest w stanie pokochać własne dziecko, jest też w stanie pokochać adoptowane...
Teoretycznie mogę się kiedyś dowiedzieć, że któreś z moich dzieci nie jest moim biologicznie.... i co?.... Czy coś się zmieni?... poza bólem głowy od cieżaru poroża, nic więcej! ;)

A Przeznaczenie?... Więc gdzie ma ono szukać rodziców zastępczych dla sierot, dla dzieci niekochanych, porzuconych,... jeśli nie wśród ludzi, którzy pragną mieć dzieci, ale mają problemy w "zrobieniu" sobie własnych?... (wcale nie chciałem próbować być zabawnym! po prostu, nie wiedziałem, jakiego czasownika użyć)
Loono, przecież ten problem ma dwie strony!... Są dorośli, do których się los nie uśmiecha, ale są też i te dzieci!... A ci "mędrcy ze wschodu" wcale nie twierdzą, że znają lekarstwo na całe zlo, ale być może tylko podpowiadają, że te dwie pokrzywdzone przez los grupy ludzi mogą sobie wzajemnie (choćby czasem) pomóc :)

I jeszcze jedno... Nie uważam, żeby adopcja była obieraniem nadziei!... W końcu mamy w pobliżu tego przykład :)

loona - Pon Sty 15, 2007 17:44

miałam coś napisać, ale się powstrzymam
powiem tylko tyle, że:
Yeti :padam: i :calus:

Jacek_s - Pon Sty 15, 2007 22:29

Kazdy swoje ale tu wrzuca to i jak to zrobie
Uwazam ze dziecko adopotowane ma gorzej gdy w rodzinie jest juz inne dziecko ( to naturalne rodzicow). Wtedy ten adoptowany zawsze bedzie tym DRUGIM GORSZYM.
To tyle
Pozdrawiam
Jacek

desperado - Nie Lut 11, 2007 12:07

Nigdy adoptowane dziecko nie bedzie kochane jak swoje , chociaz w zyciu bywa roznie.
Szamanka - Nie Lut 11, 2007 12:56

desperado...kurca...masz dziwny poglad na zycie :kwasny:

Jesli decyduje sie na adopcje, to dlatego, ze bardzo pragne miec to dziecko,kochac je, dac mu wszystko co mozliwe.....bo przeciez one jest moje, jest ze mna, spi kolo mnie, czuje jego zapach....rozumiesz co chce przez to powiedziec?
Wcale sie nie zgodze z Toba, ze kocha sie je mniej, tylko dlatego ze je nie urodzilam.....ale jest one wyczekane, upragnione.....i bardzo kochane.

desperado - Nie Lut 11, 2007 14:32

Szamanka napisał/a:
Jesli decyduje sie na adopcje, to dlatego, ze bardzo pragne miec to dziecko,kochac je, dac mu wszystko co mozliwe.....bo przeciez one jest moje, jest ze mna, spi kolo mnie, czuje jego zapach....rozumiesz co chce przez to powiedziec?
Wcale sie nie zgodze z Toba, ze kocha sie je mniej, tylko dlatego ze je nie urodzilam.....ale jest one wyczekane, upragnione.....i bardzo kochane.widze ze jestes wspaniala kobieta a czy potrafisz kochac zweryfikuje to zycie , mam swoje dzieci ktore kocham , mam tez 1 z 1 malzenstwa mojej bylej postanowilem ze bede jej najlepszym przyjacielem i sie to sprawdza.
_________________
Uwierz w Anioly nawet jesli ich skrzydla sa czarne

Szamanka - Nie Lut 11, 2007 20:26

desperadosek napisal
Cytat:
potrafisz kochac zweryfikuje to zycie , mam swoje dzieci ktore kocham , mam tez 1 z 1 malzenstwa mojej bylej postanowilem ze bede jej najlepszym przyjacielem i sie to sprawdza.


Nie rozumie co chciales mi przez to powiedziec...ze niby co?, ze jak zycie da mi w kosc i porzadnego kopniaka w tylek to przestane kochac swoje dzieci? ( te adoptowane tez).
Powiem Ci, ze predzej bym zrezygnowala z milosci do faceta a nizeli do ukochanego dziecka.

Sam napisales, ze kochasz swoje dzieci, nawet te ktore z Toba nie mieszkaja, chcesz byc dla nich jak najlepszym ojcem a nawet przyjacielem...czy to z Twojej strony nie jest oznaka milosci?

BlackOnyx - Nie Lut 11, 2007 20:38

Desperadosek ma racje adoptowane dziecko w rodzinie 2 osobowej zawsze bedzie inaczej odbierane.Znam przypadek gdzie adoptowano dziecko i facet myslal ze bedzie go akceptowal niestety z czasem wyszlo co innego.Probowano to dziecko ustawiac itp.Adopcja wcale nie jest taka rozowa w niektorych przypadkach.Wszystko zalerzy od nastawienia ludzi
Szamanka - Nie Lut 11, 2007 20:45

To jesli nie jestem pewna co do swoich uczuc to nie adoptuje i wpierw sie zastanowie na ile mnie stac i ile moge takiemu dziecku ofiarowac.

Pomysleliscie jak czuje sie taki dzieciak?
Wpierw odrzucony przez bliskich ( tudziez matke rodzona) a potem przez osoby, ktore mial nadzieje, ze go pokochaja.

desperado - Nie Lut 11, 2007 20:47

Szamanka napisał/a:
Sam napisales, ze kochasz swoje dzieci, nawet te ktore z Toba nie mieszkaja, chcesz byc dla nich jak najlepszym ojcem a nawet przyjacielem...czy to z Twojej strony nie jest oznaka milosci?
_________________
swoje dzieci kocham i bede kochal a dla mojej pasierbicy bede najlepszym przyjacielem do konca zycia , zadne dziecko nie mieszka ze mna.
BlackOnyx - Nie Lut 11, 2007 20:50

Uczucia nie zawsze ida w parze z realnoscia.Sorki ze tak twardo ale tak jest
Szamanka - Wto Lip 10, 2007 20:27

Jednak jest wiele dowodow na to, ze warto poniesc trudy" adopcyjnego rodzenia" aby dac szczescie osieroconym dzieciom. One czekaja na milosc..
Kalka - Wto Lip 10, 2007 22:55

Jeśli nie dane byłoby mi mieć własnych dzieci, to na pewno chciałabym adoptować - za dużo jest maleństw czekających na miłość, tylko partner musiałby mieć takie same poglądy, bo jak jedno z przyszłych rodziców nie jest do końca przekonane a dojdzie do adopcji to traci na tym najbardziej to dziecko
Ann77 - Nie Lip 29, 2007 18:43

Witam. Jestem mamą adoptowanego chłopczyka i chciałam Wam powiedziec a raczej napisac, że dzieci adoptowane kocha się całym sercem. Jesli interesuje Was głebiej ten temat, polecam stronę Naszego Bociana poświęconą adopcji oraz niepłodności. Jest tam wiele osób, które mają zarówno dzieci biologiczne jak i adoptowane i wierzecie mi dzieci te kocha się jednakowo mocno :-)
katarzyna35k-ce - Nie Lip 29, 2007 21:23

Ann77, powiedz mi jak wyglada teraz procedura , czy dalej jest tak ciezko jak pare lat temu? Jak długo trwa okres poprzedzajacy adopcje?
trunks - Nie Lip 29, 2007 21:24

pieknie napisane, oby wiecej osob mialo takie podejscie
Ann77 - Pon Lip 30, 2007 13:50

Myśmy adoptowali w ośrodku TPD w Katowicach, kiedy rozpoczynaliśmy kurs mówiono nam że orientacyjny okres oczekiwania (czekaliśmy na dziecko do roczku) wynosi ok 1,5 roku. Czekaliśmy dwa lata i dwa miesiące. Z tego co widzę na chwilę obecną okres oczekiwania wynosi ok. dwóch lat. Tak jak wcześniej pisałam na stronie z Naszego Bociana jest wiele cennych informacji na ten temat. W ośrodku TPD w Katowicach przechodziliśmy rozmowę z psychologiem, oraz 4 czy też 5 spotkań na których omawialiśmy kwestie związane z adopcją takie jak: jakiego dziecka nie jesteśmy w stanie przyjąc, kiedy powiedziec dziecku że jest adoptowane itd itp. Ponadto zaliczyliśmy domową wizytę pań z ośrodka a kiedy mieliśmy już dzieciątko w domu (jeszcze przed rozprawą adopcyjną) dwa razy odwiedził nas kurator, druga z jego wizyt była niezapowiedziana. Z perspektywy czasu i długoletniego leczenia, patrząc na mojego ukochanego i długo wyczekiwanego syneczka mogę napisac tylko że żałuję iż tak długo musieliśmy się szukac.
katarzyna35k-ce - Pon Lip 30, 2007 13:55

Ann77, czyli niestety nic sie nie zmieniło :( dalej pod góre z adopcja. (chodzi mi o czas i na pewno sterte papierkow) wazne ze dziecia tko jest juz z Wami. Zycze Ci i Twojej rodzinie wszystkiego co najlepsze :ok:
magusia24 - Pon Lip 30, 2007 13:58

Ann77 napisał/a:
Z perspektywy czasu i długoletniego leczenia, patrząc na mojego ukochanego i długo wyczekiwanego syneczka mogę napisac tylko że żałuję iż tak długo musieliśmy się szukac.

Zawsze gdzies tam w nas tkwi nadzieja ze doczekamy sie wlasnego dziecka stad decyzje o adopcji sie odwleka. Jestem pelna szacunku dla ludzi ktorzy podobnie jak ty decyduja sie na adopcje. Gratuluje synusia :hurra:

Szamanka - Pon Lip 30, 2007 14:09

A jak to wyglada ,jesli o adopcje stara sie ktos z zagranicy?
Ann77 - Pon Lip 30, 2007 22:58

Szamanka nie wiem dokładnie jak to wygląda gdy sprawa dotyczy się adopcji zagranicznej. Niektóre z ośrodków zajmuja się adopcjami zagranicznymi ale nigdy nie wgłebiałam się w szczegóły. Chciałam Ci podesłac link na tenm temat ale nie umiem wklejac linków :(
kaszanna - Wto Lip 31, 2007 07:19

Szamanko, z tego co pamiętam (pisałam pracę licencjacką o skutkach przysposobienia), pani dyrektor jednego z domów dziecka mówiła, że adopcja zagraniczna jest łatwiejsza :szok: Szczegółów też nie napiszę, bo nie pamietam ale to utkwiło mi w głowie.
Monique - Wto Lip 31, 2007 13:48

kaszanna, tez o tym slyszalam.. ze wiecej rodzin z zaagranicy dostaje dzieci niz u nas w polsce..
Szamanka - Wto Lip 31, 2007 13:52

Ann podala mi linka, gdzie moge wiele poczytac o adopcji zagranicznej, i musze Was zdziwic wcale tak wesolo to nie wyglada tzn, jest wiele spraw do zalatwienia, przygotowania, spotkania i odwiedzen w domu ( na miejscu) a nastepne dochodza do tego chyba jeszcze te skad dziecko ma byc adoptowane.
kaszanna - Sro Sie 01, 2007 07:47

Wesoło nie wygląda, ale jeszcze gorzej przy adopcji w kraju ;)
marti_ka - Pon Sie 06, 2007 15:12

niestety ale w Polsce nie ulatwia sie adopcji, te wszystkie procedury trwajace latami...
ktore wygladaja mniej wiecej tak.. h t t p;//w w w krakow.adopcja, p l/?id=34597&location=f&msg=1&lang_id=PL
stosy odpowiednich papierkow... zaswiadczen...
juz nie mowiac o tym, ze wiele dzieci w DD ma nie jasna sytuacje rodzinna, rodzice czesto maja tylko goraniczona wladze, a nie odbiora im jej bo sie raz, dwa razy w roku pojawia odwiedzic dziecko... a to, co z nimi wczesniej robili nie wazne... ehh
co do adopcji zagranicznej, tu wiele zalezy od organizacji adopcyjnej w danym kraju.. a wszystko wyglada mniej wiecej tak...
h t t p;//w w w adopcja.org/

Maryla - Nie Wrz 23, 2007 21:45
Temat postu: Chciałam cię odddac nie porzucić
Chciałam cię oddać nie porzucić ..
--------------------------------------------------------------------------------------
Kiedy na kolejnym badaniu związanym z moją chorobą lekarz zapytał mnie „czy wiem coś o dzidziusiu”, nie wiedziałam czy mam się cieszyć czy płakać. Ponieważ jestem poważnie chora i mamy już sporą gromadkę, wiedziałam, że nie dam rady zajmować się malutkim dzieckiem, a ciąża jeszcze pogorszy mój stan zdrowia. Lekarz sugerował aborcję.
Nie była to łatwa decyzja – chodziło przecież o niewinne życie i też o moje zdrowie.
Długo się nad tym zastanawialiśmy zanim podjęliśmy z mężem decyzję, że je urodzę i znajdziemy mu rodziców. Żeby mieć jak najmniej wątpliwości zgłosiłam się na badania prenatalne. Kiedy okazało się, że wszystko jest w porządku zaczęliśmy działać.
O adopcji niewiele wiedziałam, znałam kilka rodzin adopcyjnych i te rodziny się znały z rodzicami biologicznymi, co nie przysparzało im żadnych problemów.
Wtedy myśleliśmy, że skoro tylu ludzi przeżywa tragedię nie mogąc mieć własnych dzieci, to chyba znajdzie się ktoś, kto nie będzie się bał adopcji ze wskazaniem. Chodziło nam o to żeby ewentualni przyszli rodzice naszego dziecka mogli nas poznać przed podjęciem decyzji. Ponieważ poprzez internet mieliśmy już kontakt z ludźmi oczekującymi na adopcję, za ich radami (żeby wszystko było zgodne z prawem) zgłosiliśmy się do Ośrodka Adopcyjno Opiekuńczego, na którego pomoc liczyliśmy. Tak bardzo chciałam żeby przyszła mama była z dzieckiem od początku, żeby mogła je oglądać na USG, była przy jego narodzinach, a ja bym miała uczucie, że to, co robię jest słuszne i najlepsze dla dziecka, a mi oszczędziłoby wstydu i upokorzenia w szpitalu. Rozmawiałam o tym w ośrodku, ale tam nie podzielano mojego zdania. Nawet te sześć tygodni, które dziecko musi czekać w pogotowiu rodzinnym jest podobno nieistotne, bo dziecko jest malutkie i nic nie będzie pamiętało. Ja to widzę trochę inaczej, ale może nie mam racji, bo nie jestem ekspertem, jestem tylko matką.
Rolę ośrodków adopcyjnych wyobrażaliśmy sobie trochę inaczej, skoro potrafią dokładnie sprawdzać kandydatów na rodziców, organizować im szkolenia, powinni również bardziej interesować się rodzicami biologicznymi. Wiem, że są rodzice biologiczni, przed którymi należy wręcz chronić dzieci, ale nie wszyscy są tacy. I nie widzę przeszkód żeby ludzi oczekujących na dziecko z adopcji pytać czy nie chcą poznać rodziców biologicznych i zdecydować się ewentualnie na adopcję ze wskazaniem.
Wiem, że takie rozwiązanie dla przyszłych rodziców wiąże się pewnymi obawami i lekami, ale wierzę, że tacy by się znaleźli. Jeżeli ośrodki brałyby pod uwagę taką formę adopcji. Wiem, że to dobro dziecka było motywem naszej decyzji i to samo uczucie nie pozwoliłoby nam na jakąkolwiek ingerencję w jego nowej rodzinie.Wydaje się, że w działania ośrodków polegają na tym żeby przekonać rodziców biologicznych żeby zapomnieli o fakcie oddania dziecka do adopcji i że brak jakichkolwiek wiadomości o dziecku jest dla nich najlepszym rozwiązaniem. W takim przypadku ośrodek do niczego nie jest mi potrzebny, bo „porzucam” dziecko w szpitalu i zrzekam się praw. Z mojego punktu widzenia nie ma tu żadnej roli dla ośrodka. Odnoszę wrażenie, że my rodzice biologiczni zawracamy im tylko niepotrzebnie głowę, bo to, co dla nas robią to przekonują nas, że jesteśmy nieprzewidywalni i nie wiadomo jak się kiedyś zachowamy.
Chciałam oddać dziecko, znaleźć mu rodziców i móc dalej normalnie żyć. Liczyłam na pomoc instytucji do tego powołanych, ale nikt mi tej pomocy nie udzielił. Zostałam ze swoją niepewnością o los dziecka i ze świadomością, że je „porzuciłam”. Dlaczego rodzice adopcyjni mogą sobie wybierać dziecko( chłopiec lub dziewczynka, jasne włoski lub ciemne), a my nie możemy nawet zdecydować o tym czy dziecko ma się wychowywać w rodzinie katolickiej. W tej chwili nie będziemy nawet wiedzieć czy dziecko żyje a nie oto nam w tym wszystkim chodziło

Maryla - Nie Wrz 23, 2007 21:46
Temat postu: ze strony mamy adopcyjnej
Po kilku latach nieskutecznego leczenia podjęliśmy decyzję o adopcji. zgłosiliśmy się do OA w .. na początku maja 2003 r.
Ekspresem zgromadziliśmy dokumenty, tydzień później mieliśmy odwiedzinki w domu i praktycznie zaczeliśmy spotkania indywidualne z częstotliwością - 2 w tygodniu.
2 czerwca przed 8.00 dostaliśmy telefon ze szpitala .., że właśnie urodziła się dziewczynka i matka jest zdecydowana ją zostawić w szpitalu. za namową lekarza ekspresem udaliśmy się do tego szpitala . Tam p. ordynator podała nam dowód osob. dziewczyny z prośbą o skserowanie, ponieważ chciała ona jeszcze w tym dniu opuścić szpital.
nie mieliśmy zielonego pojęcia jak do tej sprawy się zabrać. to wszystko tak szybko się działo.
wspomnę jeszcze, że wcześniej podczas spotkań w ośrodku pytaliśmy czy mogą pomóc przy zrzeczeniu blankietowym jeśli my wskażemy dziecko. Nasz OA wykluczył taką możliwość, przestrzegając nas i nastawiając, że takie działanie może być obarczone ryzykiem kontaktu z matką (perspektywa nachodzenia przez całe życie), a poza tym matka ma 6 tyg. na podjęcie ostatecznej decyzji. co za tym idzie - może się rozmyślić, a wtedy ból kontaktujących się z dzieckiem niedoszłych rodziców adopcyjnych .jest nie opisywalny. Szczerze mówiąc takie tłumaczenie wydawało się być jak najbardziej logiczne.
Dlatego też, póki nie byłam pewna, że będę mogła adoptować to dziecko nie widziałam go.
ale mój mąż tak. w dniu jej urodzin.
nie mieliśmy pojęcia co robić, o adopcji ze wskazaniem nic nie słyszeliśmy - jedyny pomysł jaki nam się nasunął to próbować dyskutować w OA .
Tak też zrobiliśmy. poinformowaliśmy ośrodek o narodzinach dziecka, o naszej chęci adopcji i ku naszemu olbrzymiemu zaskoczeniu dyrektor tegoż OA w drodze wyjątku zadeklarował pomoc,.ale cały czas uprzedzał, że matka ma 6 tygodni.
spakowaliśmy tegoż urzędnika do samochodu wraz z pracownikiem socjalnym i zawieźliśmy do szpitala by mogli porozmawiać z matką biologiczną.
oczywiście zadeklarowaliśmy wszelaką pomoc dla dziecka - do OA dostarczaliśmy pieluchy, mleko, ubranka, pokrywaliśmy koszty badań i szczepień, wizyt lekarza - na podstawie przedstawianych nam rachunków.
Wiedzieliśmy, że mała umieszczona jest w pogotowiu rodzinnym, że matka nie kontaktuje sie i pewnie nie zmieni zdania.
strasznie dłużył nam sie ten czas - 43 dni. w ich trakcie dokończyliśmy szkolenia w OA W …. ..,uzyskaliśmy kwalifikację ,przekazaliśmy dokumenty do OA w G …i kupiliśmy wszystkie niezbędne rzeczy potrzebne dziecku.
kiedy nastał ten magiczny dzień byłam cała w skowronkach, jakież było moje zaskoczenie kiedy p.dyrektor oznajmił, że matka nie zgłosiła się do sądu a oni nie mają prawa jej do niczego zmuszać i musimy czekać.
tydzień, dwa, trzy, cztery - zero ruchu ze strony matki czy OA. Paranoja! a dziecko niech czeka, jaka to różnica - miesiąc czy dwa.
postanowiliśmy działać.
znając dane matki - wysłaliśmy list z prośbą o kontakt - i nasz numer komórki.
Maria zadzwoniła, całą noc rozmawiałyśmy. ona badała nas a my ją. prosiłam ją by poszła do sądu jeśli chce naprawdę oddać małą. Poznałam całą historię jej życia a ona moją, nie widziałam jej na oczy, nie widziałam dziecka a czułam, że nas coś łączy. tego nie da się opisać.
te nasze telefoniczne rozmowy trwały jeszcze 2 dni. Maria kazała mi obiecać, że jak podpisze papiery to mała trafi na pewno do nas - przyrzekłam jej.
trzeba ty też wspomnieć, że nie miała żadnej pomocy od OA. nie wiedziała nawet gdzie jest mała.
19sierpnia o 11.00 dostałam sms: "Anna Maria - takie Waszej córce dałam imiona, przytul ją mocno".

Poinformowaliśmy OA, że matka podpisała dokumenty w sądzie, na pytania skąd o tym wiemy odpowiedzieliśmy ., że znamy parę osób w sądzie rodzinnym w ….
Ponieważ mąż akurat miał szkolenie w pracy sama pojechałam do ośrodka by wiedzieć jak mamy dalej postępować.
Dyrektor potwierdził, że faktycznie matka była w sądzie, teraz jako ośrodek muszą zwołać komisję by zakwalifikować rodzinę.
oczywiście zdumiona zapytałam dlaczego - na to usłyszałam odpowiedź, że taka jest procedura ale "jego głos jest decydujący - on jako dyrektor decyduje o doborze rodziny". w tych słowach zawarł całą prawdę, tyle, że ja go nie zrozumiałam. podziękowałam pięknie, myśląc, że mamy w nim wsparcie i powiedziałam, że zadzwonię koło 17.00 - wtedy miało zakończyć się to zebranie - by umówić się na pierwsze spotkanie z maleństwem.
tak też zrobiłam, jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałam że jednak zostala wyznaczona inna rodzina, że pewne okoliczności przemówiły na korzyść innej pary.
i w tym momencie dotarło do mnie - zrozumiałam sens jego słów, zrozumiałam jak można wpłynąć na jego decyzję - całe moje jak najlepsze zdanie na temat tych ludzi, wiara w sens ich pracy szlak trafił.
ale ja szybko się nie poddaje. kontakt z prawnikiem - co można zrobić, dowiadujemy się o możliwości adopcjji ze wskazaniem, kontaktujemy się z Marią - obiecuje pomóc.
ale jest już 18.00 - sąd nieczynny. umawiamy się z Marią o 7.00 następnego dnia. o 7.30(tak otwierają OA) odbieramy nasze dokumenty i pędem z osrodka do innego miasta do Sądu.
Maria anuluje podpisane wcześniej zrzeczenie, piszemy wnioski o adopcje ze wskazaniem i składamy na dzienniku podawczym. następnie po konsultacji z sędziną (super babka) piszemy prośbę o tymczasową pieczę. to wszystko rozgrywa się bardzo szybko, zanim stworzyliśmy to drugie pismo podchodzi do nas sędzina i mówi, że mamy duże szczęście. gdybyśmy spóźnili sie 5 minut - byłoby po sprawie, bo wpłynął wniosek z OA a Maria przecież podpisała wcześniej blankiet.
5 minut. cud.
od razu dostaliśmy zgodę na preadopcję, łącznie z pismem wystosowanym do OA o przekazanie dziecka.
w trójkę udaliśmy się spowrotem do OA - jednak w ośrodku adopcyjnym usłyszeliśmy tylko, że jak zaczeliśmy załatwiać wszystko sami to napewno świetnie damy sobie radę bez ich udziału,
adres, gdzie przebywa Ania otrzymaliśmy dopiero w PCPR.
Jedziemy. ja szczęśliwa i jednocześnie pełna obawy, że Maria jak zobaczy Anię to zmieni zdanie. jednocześnie świadomość mojej nieopisanej radości że zaraz zobacze moja córkę, że zaraz będę mogla ją przytulić - a z drugiej strony świadomość tragedii i bólu Marii.
nigdy nie zapomnę tej chwili. i wiesz co, w pierwszym momencie patrzyłam na reakcję matki biologicznej - cholernie się jej bałam.
niestety to nie koniec - rodzina opiekująca się małą nie może nam jej oddać bez pisemnej zgody MOPS.
Powrotem, wyprawa do innego miasta do AO, kolejne biurokratyczne schody - MOPS nie wyda zgody bez odpowiedniego pisma z sądu. na wycieczkę do sądu w innym miescie brakuje czasu - telefon, nasza kochana sędzina wydaje wymagany papier i przesyła faksem. oryginał wysłany jest pocztą. Opornie ale w końcu dostajemy zgodę. wracamy po nasz Skarb,.
już w czwórkę odwozimy Marię do domu, przy okazji poznajemy rodzeństwo Ani ,
jeszcze trochę rozmawiamy i w drogę do domku.
I czekanie na sprawę adopcyjną - cholerny strach, chociaż wtedy już nikomu nie oddałabym mojej córki. zwiałabym z nią na koniec świata.
12 grudnia - Ania jest nasza!
na szczęście wszystko dobrze się skończyło, Maria miała jeszcze co prawda sprawę o porzucenie dziecka i pokrycie kosztów pobytu małej w pogotowiu - ale wszystko Sąd umorzył.
5 minut zadecydowało o losach tylu osób. Szczęście? Przeznaczenie?
teraz to nieistotne, sporo przeszliśmy ale dziękuję Bogu za to. Ból, cierpienie - ponoć z tego rodzą się największe miłości i przyjaźnie. i faktycznie tak jest.
Często słyszę, ale czy to, że mamy kontakt z matką biologiczną jest dobre dla Ani ? nie wiem, bo i skąd.
ale zadaje sobie pytanie czy "podwójna porcja macierzyńskiej miłości" może zaszkodzić? Ania nie ma w swoim życiu tego "Pustego" rozdziału. w każdej chwili gdy tylko poczuje potrzebę poznania swoich korzeni będzie miała tą możliwość.
dla mnie matki adopcyjnej to na pewno będzie trudne, ale tu nie chodzi o mnie, tu chodzi o dziecko. jestem po to by być i ją wspierać, moim zadaniem jest dawać jej poczucie, że jest potrzebna, ważna i kochana bo tylko wtedy wyrośnie na pewną siebie, szczęśliwą kobietę.

Maryla - Nie Wrz 23, 2007 21:47
Temat postu: Info o grupie wsparcia
JESTEŚMY GRUP? KOBIET KTÓRE ODDDA?Y DZIECI DO ADOPCJI .
ZNALAZ?YŚMY IM RODZINY, WIEMY ŻE S? KOCHANE I SZCZęŚLIWE .
POMAGAMY SOBIE I WSPIERAMY SIę NAWZAJEM .

ODDDAJEMY NASZE DZIECI W POSZANOWANIU UCZUć I LUDZKIEJ GODNOŚCI ,ZGADNIE Z PRAWEM ,
DO ADOPCJI ZE WSKAZANIEM .
JESLI NOSISZ SIę Z ZAMIAREM ODDDANIA DZIECKA I POTRZEBUJESZ WSPARCIA .
SKONTAKTUJ SIę Z NAMI --MY JUŻ PRZEZ TO PRZESZ?YŚMY .
TEL KONTAKTOWY 0 508 177 509

Aither - Wto Cze 29, 2010 12:15

hmm... dlaczego decyzja o adopcji jest taka ciężka ? co ludzi odstrasza od tego biurokracja czy obawa ze to nie swoje ? Ostatnimi czasy dużo o tym myślałam i tak jakoś się zastanawiam nad tym. Czy to takie trudne pokochać obce dziecko tak... aby stało się najbliższe ?
Karlus - Sro Cze 30, 2010 23:46

Aither napisał/a:
hmm... dlaczego decyzja o adopcji jest taka ciężka ? co ludzi odstrasza od tego biurokracja czy obawa ze to nie swoje ? Ostatnimi czasy dużo o tym myślałam i tak jakoś się zastanawiam nad tym. Czy to takie trudne pokochać obce dziecko tak... aby stało się najbliższe ?

Mi się wydaje że ani to, ani to.
Ludzie boją się adoptować starsze dzieci, bo mogą mieć nawyki po swoich biologicznych rodzicach, są takie stereotypy i tylko od nas samych zależy czy zostana one raz na zawsze obalone.
A może jeszcze coś innego, ludzie boją się takie dziecko skrzywdzić!
Mówią: ''Ono jest tak pokrzydzone przez los, jak z takim dzieckiem rozmawiać by je nie skrzywdzić''
Strach przed tym że nie damy rady zaopiekować się nim.

ps.mam nadzieję że rozumiesz coś z tej mojej paplaniny :zdziwko:

Aither - Czw Lip 01, 2010 08:45

Karlus, własne rodzone dzieco również może nabyć nawyków które nam się mogą nie podobać :) a adopcja starszych dzieci... cóż... sądzę ze to coś w tym jest. wychowywać na własną "modłę" i do tego aby jeszcze dziecko nie było świadome tego że jest adoptowane. Nie wiem czy chodzi tu o krzywdzenie. To takie same dziecko jak każde inne więc rozmowa chyba przeiega tak samo - nie wiem. Jednak obawa jest zawsze. w szkole średniaj miałam koleżankę ktora była adoptowana i była normalna, nie przemawiało przez nią nic ani nie odbiegałą od nas zachowaniem ani niczym. Po latach znalazła swoje siostry i utrzymuje z nimi kontakt. Normalna dziewczyna.
Dlaczego mężczyźni nie chcą rozmawiać o adopcji? Kwitująć rozmowę "bo ja chce swoje" ? no ale jeśli para nie może ich mieć to jak "mieć swoje"?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group